„Moje idee to gwiazdy, których nie potrafię ułożyć w konstelacje.”
Szesnastoletnia Hazel, choć choruje na raka już dawno pogodziła się ze swoją przyszłym odejściem. Jej codziennością jest chodzenie z butlą tlenową, która utrzymuje ją przy życiu. Chodzi też na spotkania wsparcia, gdzie poznaje Augustusa.
Autor przedstawił swoje zdanie o śmierci, o tym czy ludzie zostawiają jakiś ślad po sobie, oraz czy warto ostatnie chwile swojego życia spędzić szczęśliwie czy też nie.
„Czasami trafiasz na książkę, która przepełnia cię dziwną ewangeliczną
gorliwością oraz niezachwianą pewnością, że roztrzaskany na kawałki
świat nigdy już nie będzie stanowił całości, dopóki wszyscy żyjący
ludzie jej nie przeczytają. Ale są też dzieła takie jak to, o których
możesz opowiadać innym, książki tak rzadkie i wyjątkowe, i twoje, że
dzielenie się nimi wydaje się niemalże zdradą.”
Po przeczytaniu tej książki, nie przeczę, że wzruszyła mnie do tego stopnia, że płakałam aż cztery godziny. Nigdy nie wiedziałam jak czują się osoby, które chorują na różne choroby. Domyślałam się, ale teraz wiem, że to nic w porównaniu z tym co wyczytałam z tej książki. Nieoczekiwany obrót akcji, szokujące zakończenie, po prostu idealna do czytania pod kocem z kubkiem gorącej czekolady.
Moja ocena dla tej książki wynosi 4, gdyż mimo wszystko, książka jest dość nudząca na początku, a choć końcówka jest inspirująca i wzruszająca, nie mam serca przyznać tej książce aż 5 punktów.

.png)

